Jak dla zysku starzenie przekształcono w chorobę.
Z cyklu: „Polska istnieje formalnie”
dr J. Jaśkowski
Pamiętaj:
Ustawy w medycynie potrzebne są tylko banksterom finansującym przemysł”.
 „Każde nagłe zainteresowanie urzędników jakąś chorobą
jest uwarunkowane naciskiem firm produkujących leki”.
Jak możesz się przekonać sam, Szanowny Czytelniku, aktorzy i aktoreczki sceny politycznej zasypują nas setkami ustaw i uchwał. Wręcz licytują się, która to z kadencji na Wiejskiej więcej tych aktów prawnych wysmaży. Zupełnie nie ma dla nich znaczenia, że nie są wstanie nawet przeczytać tego, co spłodzą. Już do zwyczaju weszło, że  taki „reprezentant narodu” tłumaczy się przed kamerami, że nie czytał tego, na co głosował.
Medycyna do tej pory działała na zasadzie umowy cywilno – prawnej pomiędzy chorym, a osobnikiem posiadającym dyplom uczelni państwowej. Co prawda mamy jakieś 80 000 różnego rodzaju znachorów i wróżbitów, także zajmujących się leczeniem, ale władze tego państewka nie zajmują się tym problemem.
Ostatnio w celu zwiększenia zysków przemysłu farmaceutycznego wprowadza się, zamiast doboru metody do chorego pacjenta, tzw. wytyczne i procedury, opracowywane przez urzędników organów …..
A jak jakaś procedura nie pasuje choremu, z tych czy innych względów, i umiera, to ze swojej własnej winy. Przecież urzędnicy chcieli dobrze. Tak jak w starym wojskowym dowcipie. „Pierwszy szereg jodyna, drugi szereg aspiryna. A jak komu nie pasuje to niech się zamieni”. W procedurach urzędniczych zamiany nie ma. Jest zgon, czyli de facto na to samo wychodzi.
O tym, że za tymi organami stoją lobbyści przemysłowi nie trzeba nikogo przekonywać, vide film: lobbing
I o dziwo, żadnego ośrodka akademickiego, żadnego towarzystwa „naukowego” to nie dziwi i oporu nie budzi?
Poniżej pokażę przykład takiej schizofrenii w tworzeniu nowych chorób i oczywiście od razu dyktowania metod, czyli procedur postępowania. Absurd ten jest bez oporu przyjmowany przez środowiska medyczne, spacyfikowane działaniami administracji. Izby lekarskie, które miały stać na straży samorządności, zostały przekształcone w tuby reklamowe przemysłu medycznego.
Najlepszym tego dowodem jest podnoszenie lekarzom składek na Izby w celu, jak podają, zwiększenia kursów edukacyjnych. Tak jakby w chwili obecnej Izby robiły jakiekolwiek szkolenia, bez finansowego wsparcia lobbystów. Proszę zauważyć, że tzw. biuletyny Izb Lekarskich przekształciły się w foldery reklamowe.  Nie ma praktycznie konferencji naukowej, na której lekarze mogliby wymieniać poglądy. Obecnie mogą tylko wysłuchać wybranych prelegentów, reprezentujących przemysł. Bufety są w sąsiednich pomieszczeniach.
Przechodząc do kolejnego modnego i nagłaśnianego tematu, jakim jest osteoporoza, zacznę od definicji. Aby się nie powtarzać, oprę się na definicji urzędniczej WHO.
Co to jest choroba:
Choroba jest takim stanem organizmu, kiedy czujemy się źle, a owego złego samopoczucia nie możemy jednak wiązać z krótkotrwałym, przejściowym uwarunkowaniem psychicznym, lub bytowym, lecz z dolegliwościami wywołanymi przez zmiany strukturalne, lub zmienioną czynność organizmu.
Przez dolegliwości rozumiemy przy tem doznania, które są przejawem nieprawidłowych zmian struktur, lub zaburzeń regulacji funkcji narządów.”
Czyli podsumowując, aby postawić rozpoznanie choroby, muszą być objawy! Potem muszą być badania, którymi potwierdzimy, lub wykluczymy rozpoznanie.
A dopiero potem możemy przystąpić do leczenia.
Jeszcze raz z polskiego na nasze. Muszą być objawy, z którymi zgłasza się pacjent. A dopiero potem możemy sięgać do jego kieszeni, aby wyciągnąć pieniądze na badania i leczenie.
Podkreślam, to jest definicja WHO, istniejąca od 50 lat.
A teraz nagle jacyś bliżej nieokreśleni osobnicy, także z WHO, ale z 1994 roku, nie wybierani, ale mianowani, czyli bez upoważniania kogokolwiek, wymyślają definicję określonej choroby, zwanej osteoporozą. Otóż według tej kliki, osteoporoza to „układowa choroba szkieletu, charakteryzująca się zmniejszeniem masy kostnej, upośledzoną mikroarchitekturą tkanki kostnej i w konsekwencji, zwiększoną jej łamliwością i podatnością na złamania”.
Proszę zauważyć, że jest to choroba bezobjawowa. Nie ma żadnych objawów, które pozwoliłyby na zgłoszenie się chorego do lekarza. Podobnie jak w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, gdy u Sowietów występowała schizofrenia bezobjawowa. U Sowietów to jeszcze można było zrozumieć, zamiast zamykać w łagrach, kładziono aż do wyzdrowienia do szpitala. Oczywiście, jak objawów choroby nie było, to o wyzdrowieniu mowy także być nie mogło. Czyli delikwent niewygodny dla mafii mógł dowolnie długo siedzieć, to znaczy leżeć. Żadne przepisy bowiem nie regulują czasu leczenia. Nie ma także żadnych kryteriów zdrowienia.
Przez analogie, takiego chorego na osteoporozę także możemy dowolnie długo leczyć, ponieważ nie ma objawów. A kto lepiej wie, czy jest chory? Głupi, przestraszany ludek, czy specjalista dotowany przez przemysł?
Proszę zauważyć, że cała ta definicja, to typowy bełkot. W definicji nie ma ani jednego sprecyzowanego terminu, czy pojęcia. Co to bowiem znaczy: „zmniejszona masa kostna”? Zmniejszona to może być na przykład przesyłka pocztowa z kilograma do połowy, ponieważ skradziono część. Czyli  przy nadaniu przesyłkę zważono i określono masę na jeden kilogram. A po dostarczeni okazało się, że czegoś tam nie ma. Mamy wynik pierwotny i drugi. Możemy porównać i wyciągnąć wnioski.
A badając jakiegokolwiek pacjenta, nawet doskonałym i drogim sprzętem, nie mamy żadnej wartości wyjściowej. Czyli nie wiemy, jaka była gęstość jego kości przed chorobą. Typowe trole, które opracowały tą definicję, miały poważne braki z podstaw matematyki. Przecież wystarczy popatrzeć jaka jest na ulicy zmienność osobnicza spacerujących ludzi. Dziewczyna  o masie 45 kg może być tak samo apetyczna, jak ta o masie 75 kg. Nie trzeba być znawcą, aby wiedzieć, że mogą mieć różnej grubości kości.
Podobnie, ta sama osoba może być szczupłą panienką w wieku 25 lat i otyłą matroną w wieku 60 lat, po urodzeniu 4 dzieci. Nikt nie robił jej badania w wieku 25 lat. Nikt także nie robił jej badania po menopauzie. Na jakiej więc podstawie próbuje się ustalić jej „normę” w wieku 60 lat?
W jaki sposób można nieinwazyjnie sprawdzić mikrostrukturę tkanki kostnej? Biopsją! Ale to jest badanie urazowe, mogą być powikłania, choćby zapalenie przewlekłe kości. Kto w takiej sytuacji będzie pokrywał koszty leczenia, niezdolności do pracy, itd?
Opierać się na jakiejś normie statystycznej jest trudno. Mamy doświadczenie, jak to starsi i mądrzejsi w okresie ostatniego ćwierćwiecza obniżali normy cholesterolu we krwi. Zawsze powołując się przy tym na badania, których nigdzie nie można było znaleźć. A chodziło po prostu o zwiększenie populacji, której chciano wmówić zakup leków, o nazwie statyny. I proszę zauważyć, jak armia baranów stosuje się do tej procedury, przepisując każdemu pacjentowi po 50 roku życia statyny. Czy potrzeba, czy też nie.
Poza tym, do chwili obecnej brak prac, które wykazywałyby związek zmniejszonej gęstości kostnej, czyli mniejszej ilości wapna, ze wzrostem złamań. Publikowane prace zawierają takie ilości podstawowych błędów metodologicznych, że generalnie nie nadają się do porównań. Przykładowo, surowe wyniki badań nie są opracowane sieciami neuronowymi, a to te otrzymane wyniki praktycznie wyklucza.
Konkretnie: jako czynniki usposabiające powstanie osteoporozy, podaje się palenie papierosów, czy nadużywanie alkoholu. Niestety, każdy jako tako przytomny Czytelnik wie, że nadużywający alkohol i papierosy, najczęściej mają także niskie wykształcenie, są niedożywieni i często bezdomni.
To który, z podanych przeze mnie czynników, jest wyjściowy, a które są wypadkowymi?
Tym już się specjaliści od marketingu osteoporozy i konsultanci  nie zajmują.
W związku z takim bałaganem pojęć ustalono, znowu odgórnie i arbitralnie, że normą jest gęstość stwierdzana u kobiet koło 30 roku życia. Proszę to zapamiętać. Za chorobę uważa się wynik, będący podwójnym odchyleniem standardowym według krzywej Gausa.
Proszę pamiętać także, że osteoporoza przebiega bezobjawowo. Czyli mogę wdrożyć leczenie, które u chorego i tak niczego nie zmieni. Chory nic nie zauważy, a płacić musi. Najlepiej do końca życia. Przecież to wymyślili urzędnicy, a oni żyją z vatu, także tego na lekarstwa ustanowionego. Innymi słowy, nakładają na społeczeństwo ukryty podatek. A podobno podatki może tylko sejm wprowadzać?
Aby się Tobie, Szanowny Czytelniku, w głowie nie poprzewracało z tego wszystkiego, to nowopowstała Fundacja Osteoporozy w 2001 roku, wymyśliła jeszcze bardziej lakoniczną definicję tej „choroby”. Przypomnę tylko, że Fundacja to masa majątkowa, czyli ktoś to finansuje! Sam musisz się domyśleć kto, i dlaczego te procedury wprowadza się w życie.
Ta nowa definicja brzmi: „Osteoporoza, jest to choroba szkieletu, charakteryzująca się upośledzoną wytrzymałością kości, co powoduje zwiększone ryzyko złamań”.
Świetna definicja, żadnych objawów, żadnych badań. Jak masz złamanie, to musisz brać leki, które już dla Ciebie przygotowaliśmy. No i musisz durny człowieku płacić, płacić, płacić. Po to jesteś wmontowany w system zdrowia publicznego. Ty płacisz, przymusowo oczywiście, a my już wiemy na co wydać twoje składki. I musimy oczywiście pokazać ładną aparaturę, abyś wiedział, że to dla twojego dobra.
Jak powstała choroba zwana osteoporozą?
Trochę matematyki.
Dlaczego wybrano akurat gęstość kości u kobiet 30-letnich? Trudno to uzasadnić.
Jeżeli bowiem przyjmiemy za 100 %, wartość  u kobiet 30-letnich, to w naturalny sposób, po menopauzie szczególnie, może gęstość kości spaść o około 30%. I nie powinno to budzić żadnego niepokoju. Jeżeli spojrzymy na swoje mięśnie w wieku 30 lat i potem po 60-tce, to kowbojami jesteśmy tylko we własnych myślach, a wnuki już wołają „dziadek”. Świetnie zaśpiewał to Zenon Laskowik.  Szkoda, że nie znają tego urzędnicy ochrony zdrowia i ci wszyscy eksperci i konsultanci od zdrowia publicznego.
Czyli utrata masy kostnej z wiekiem, tak jak utrata masy mięśniowej, jest czynnikiem zupełnie naturalnym i fizjologicznym. Podobnie zresztą, jak zaburzenia pamięci. I nie ma specjalnych powodów do leczenia tego stanu. Z mojej praktyki wynika, że w okresie ostatnich 40 lat nie było żadnych leków, które naprawdę poprawiałyby pamięć, czy turgor mięśni, z wyjątkiem ćwiczeń. No i oczywiście nie wolno konsumować statyn, które obniżając cholesterol, obniżają także sprawność mózgu.
Matematycznie, biorąc podwójne odchylenie standardowe z krzywej Gaussa, to wszystkie wyniki pomiędzy 16 % gęstości, a 84% gęstości, są prawidłowe. Maksymalna wielkość będzie dotyczyła około 50% badanych To dlaczego każą przyjmować leki ludziom, którzy mają odchylenie 2D?
Czyli aż 16 % młodych kobiet już ma osteopenię. No tak, ale w tej samej grupie znajdują się również kobiety po 60. roku życia. To dlaczego leczy się te stare, a nie te młode i nie zapobiega chorobie?
Gdyby zastosować te definicje w korelacji z wiekiem, to już  16 % młodych ludzi ma osteopenię, a w wieku 50 lat będzie to już 33%, a w wieku 60 lat – 60% będzie miało osteoporozę albo osteopenię. Fajny rynek zbytu, nieprawdaż?
Czyli zwykła matematyka szkoły średniej przeczy uczonym profesórom, nie wspominając o urzędniczynach.
Idźmy dalej.
A kto powiedział, że te drogie densytometry są odpowiednio dla danego kraju kalibrowane? Przecież jeżeli były przeznaczone do afrykańskich, lub azjatyckich państw, to mają zupełnie inne logarytmy. Przynajmniej powinny mieć. Gęstość kości zależy przecież od rodzaju pożywienia. Picie mleka z kartoników jest bezwartościowe, a picie od „krowy” zapobiega osteoporozie.
A kto wie, w jaki sposób można  kalibrować te aparaty? W obserwowanych przeze mnie pracowniach nic o kalibracji nie słyszeli.
A kto powiedział, jaką dawkę szkodliwego promieniowania rentgenowskiego otrzymuje taka osóbka podczas badania i jak często wolno je powtarzać? Przypomnę, że prawdopodobieństwo raka piersi u kobiet wzrasta o 10 %, na każde 10 mammografii.
Przypomnę, że nie udowodniono korelacji gęstości radiologicznej, z wytrzymałością kości. Może być odwrotnie. Czym bardziej gęsta kość, czyli czym więcej zawiera wapna, tym łatwiej pęka pod byle uderzeniem. Nie jest to przypuszczenie, ale fakt zbadany na zębach. Czym więcej fluoru zawierają zęby, tym łatwiej pękają i częstsza jest próchnica.
Można by tak jeszcze długo i dużo. Zastanawia jedno.
O tym, że witamina D jest niezbędna dla kości, wiadomo od stu z górą lat. Do lat 70. ubiegłego wieku dawano dzieciom jeszcze w szkołach tran prawdziwy, nie te zajzajery smakowe.
Od ponad 25 lat straszy się ludzi słońcem, a wiec świadomie ogranicza się ilość witaminy D w organizmie. „No muszą przecież do cholery chorować, bo nie sprzedam towaru.”  Żółtych dziennikarzy mamy pełno.
Po tym „krótkim” wstępie przedstawię artykuł z „polskich reklamówek  medycznych”.
Światowy dzień chorych na osteoporozę” – Medexpress z 25.06.2014 r. NA spotkaniu redakcyjnym zebrało się szacowne grono: prof.Roman Lorenc z CZD, Witold Tłustochowicz – Konsultant Krajowy, dr Jerzy Gryglewicz  – Uczelnia Łazarskiego, Grzegorz Kubielas – główny Specjalista NFZ. Spotkanie miało miejsce w Redakcji Służby Zdrowia. Prowadzącej redaktorki z litości nie wymienię. Musi kobiecina zarabiać.
Już pierwsze zdanie poraża: „W Polsce na osteoporozę choruje około 3 000 000 ludzi.” Co prawda szacowni rozmówcy nie przedstawili żadnych badań, potwierdzających swoje dane, ale to przecież w reklamówce nie ma znaczenia.
Przekładając z polskiego na nasze wychodzi, że co 10 osoba choruje na osteoporozę. Czy już czujesz ten zysk, Szanowny Czytelniku?
A teraz poważnie. Musimy odjąć dzieci i młodzież, czyli jakieś 15 milionów, to znaczy, że nie co dziesiąta, ale co piąta osoba powinna być chora. To też jest zysk. No, wypada jeszcze odjąć tych przed 40. rokiem życia, którzy nie chorują. Ludzi pracujących w Polsce jest około 18 milionów, czyli przed wiekiem osteoporozy jest jakieś 10 – 14 milionów. Czyli w sumie, w grupie podejrzanych jest jakieś 5 milionów ludzi. To znaczy, że praktycznie co druga osoba powinna być chora i leczyć się z powodu złamań chronicznych i w ogóle być w gipsie.
No tak, ale jeżeli „nasi  eksperci” przyszli do redakcji, to znaczy, że nie byli w gipsach, a przecież należą do grupy tych 3 000 000 chorych. Mało tego, żaden nie pochwalił się własnym wynikiem badania. Żaden nie podał swojego poziomu witaminy D-3. Nieprawdaż, że to ciekawe? Wy jesteście chorzy i musicie się leczyć, ale nie my. My się nie będziemy tymi świństwami truć. A tym bardziej w gipsy ubierać.
Tak, jak u Hitchcocka, czym dalej w dyskusji, tym straszniej. Pan prof. Lorenc, przypominam, że pracuje w Zakładzie Medycyny Doświadczalnej,  twierdzi [na jakiej podstawie?], że 74% ludzi ze złamaniami nie ma wdrożonego leczenia osteoporotycznego. Dalej idzie p. prof. Tłustochwicz twierdząc, że u każdej osoby z badaniem densytometrycznym, potwierdzającym ubytek gęstości, należy wdrożyć leczenie. Odsyłam na początek artykułu, jaka jest wartość badania densytometrii.
O co w tym wszystkim chodzi? Wynika to z zakończenia artykułu. Ministerstwo powinno refundować leki!!!!!!!!!!! To jest w czerwcu.
Nic dodać, nic ująć. Może warto by tylko sprawdzić powiązania w Urzędzie Skarbowym.
Kolejna nagonka. Tym razem w wykonaniu pana Igora Radziewicz -Winnickiego, podsekretarza stanu w Ministerstwie nie wiadomo dlaczego, zwanym Zdrowia. Wywiad ten był opublikowany w „
http://medexpress.pl
/” \t „_blank” Medexpress.pl z 11.09 2014 r. Pan Minister traktuje osteoporozę jako wyzwanie stojące przed Ministerstwem. Pan Minister twierdzi: „Sukcesywnie rozszerzmy wskazania i rozszerzmy paletę terapeutyczną na listach refundowanych leków, służących do leczenia osteoporozy”.
Tak opieramy się na opiniach specjalistów z Agencji Oceny Technologii Medycznych. Tak, tak ,to ci sami ludzie, którzy namawiają do szczepienia dzieci przeciwko rzekomemu rakowi szyjki macicy, czyli chorobie, na którą szczepionka w ogóle nie była badana.
Czyli, po pierwsze, normalny proces starzenia zmieniono na chorobę.
Po drugie, narada czerwcowa w gazecie zaowocowała refundacją leku we wrześniu.
Po trzecie, żaden z tych specjalistów nie powiedział o konieczności suplementacji witaminą D, szczególnie dzieci i młodzieży oraz osób starszych.
Po czwarte, żadna z osób nie wystąpiła o refundację badania poziomu witaminy D – tzw. 25OHD – przez NFZ. Badanie kosztuje, w zależności od regionu od 70 do 120 złotych. Czyli praktycznie leży poza zasięgiem większości emerytów i rencistów, z których zdecydowana większość otrzymuje około 1100 zł. Nie piszę o dawniejszych pracownikach służb.
Długotrwała suplementacja sztuczną witaminą D bez kontroli laboratoryjnej może być szkodliwa i wymaga co 4 – 6 miesięcy kontroli poziomu 25 OHD we krwi.
Po piąte, żaden z tych specjalistów nie wystąpił przeciwko reklamie tzw. ochronnych kremów, utrudniających wytworzenie się witaminy D pod wpływem słońca – byłoby to sprzeczne przecież z zasadami sprzedaży.
Żaden z specjalistów nie wystąpił z krytyką zakazu opalania się w południe.
Widzisz więc, Szanowny Czytelniku, że takich mamy specjalistów, jakich nauka sowiecka nam wyprodukować pozwoliła.
Żaden specjalista od kości i ruchu nie wystąpił z krytyką tego płynu, sprzedawanego w kartonikach pod nazwą „mleko”.
A wystarczy 10 – 15 minut 2-3 razy w tygodniu poćwiczyć na przykład na orbitreku. Wiadomo, że kości wzmacniają się poprzez ruch, a nie tabletki. Wystarczy wypić kubek mleka od krowy dziennie. No ale w takiej sytuacji nie można być „gazetowym” ekspertem.

Rozpowszechnianie wszelkimi sposobami jest zalecane, szczególnie pozostawianie w przychodniach lekarskich. 


kontakt:  jerzy.jaśkowski@o2.pl