.

dr J.Jaśkowski

.

„Jeżeli wolność słowa cokolwiek oznacza, to oznacza ona prawo do mówienia tego,

czego ludzie nie chcą słyszeć i co chcieliby ukryć”.

Jerzy Orwell

Pytanie: Co to jest VAT?

Odpowiedź: Łapówka dla urzędników.

.

 

Na początku lat 80. ubiegłego wieku stworzono nowy paradygmat w medycynie. Paradygmat ten polegał na negowaniu doświadczenia osobistego lekarzy, a opieraniu się tylko na pracach doświadczalnych, wykonywanych według pewnych reguł i zasad, przez tzw. odpowiednie ośrodki. Nazwano to medycyną opartą na dowodach – MOND. Wbrew oczekiwaniom, chodziło po prostu o stworzenie monopolu na prawdę. Jak zwykle, podano to w rękawiczkach i większość naukowców i lekarzy niestety kupiła ten paradygmat.

Oczywiście wywodziło się to z typowych zasad cywilizacji azjatyckich, czyli oparte było na masach. Jeżeli coś pomogło jednemu człowiekowi, a powtórzyliśmy to 100 razy, to znaczy, że będzie pomagało wszystkim następnym chorym.

Paradygmat ten został szeroko rozreklamowany i „wciskany” na siłę do uczelni medycznych.

Życie zweryfikowało to negatywnie. Jeszcze raz okazało się, że Bozia stworzyła to lepiej, aniżeli móżdżek sprzedawcy mógł wykombinować.

Pamiętam starych przedwojennych chirurgów, którzy zawsze tłumaczyli, że najlepsza jest ta metoda operacji, którą dany chirurg najlepiej opanował. Ta prawda uległa całkowitej zmianie. Miała zaistnieć urawniłowka. Wszyscy mieli robić to samo i tak samo, ponieważ ktoś, najczęściej nieznany z nazwiska, powiedział, że to najlepsza metoda.

 

Podam kilka przykładów. W 1986 roku wprowadzono powiększanie silikonowe piersi u kobiet. Oczywiście nikt nie mógł przewidzieć jak organizm – skóra, zareaguje na takie ciężarki. Po kilku latach okazało się, że skóra rozciąga się i nie będę opisywał, co się dzieje z biustami. Efektem były kolejne operacje, co widać u aktorek, na przykład u A. Jolie, reklamującej się kolejnymi okrągłościami i operacjami za 10 000 dolarów.

Widać wyraźnie na tym przykładzie, że metody wprowadzane pod pretekstem „dowodów medycznych” miały tylko jeden cel, mianowicie stwarzanie przewlekłych pacjentów, czyli finansowe perpetuum mobile. A fizycy twierdzą, że coś takiego jak perpetuum mobile nie istnieje.

Paradygmat MOND może i mógłby być zastosowany, gdyby… Niestety, tych gdyby jest bardzo dużo.

 

Przede wszystkim poziom edukacji powinien wzrastać systematycznie. Jak to pokazał  PT J. Wieczorek [10.12.2013 PClub], czym wyższe wykształcenie, tym większe ogłupienie. Zgadzam się z tym całkowicie. Po tzw. przemianach nastąpił w Polsce kolosalny wzrost wyższych uczelni, a niestety nie mieliśmy kadry do prowadzenia takowych. Efektem tego, nawet w seminariach duchownych, wykłady prowadzili świeżo upieczeni magistrowie. Skutkiem jest fakt, że nasza innowacyjność jest niższa, aniżeli Mołdawii, co nie przeszkadza, że liczbą profesorów górujemy nad Niemcami. Rząd rozdaje te stanowiska tak, jak Zagłoba Niderlandy.

Już prof.F. Koneczny udowodnił, że to nauka musi iść przed oświatą, a nie odwrotnie, jeżeli kraj ma się rozwijać.

Nie wspominam tutaj o klanach rodzinnych na uczelniach.

 

Kolejnym problemem jest sprawa podręczników i piśmiennictwa naukowego. Otóż całość sprowadza się ponownie do monopolu. O ile jeszcze w latach 70. mieliśmy koło 2000 tytułów naukowych w liczbie 10 000 000 egzemplarzy, to w chwili obecnej praktycznie wyeliminowano piśmiennictwo polskie i w zamian mamy monopolistę Elsevier. Wydawnictwo to kontroluje ponad 2400 tytułów naukowych na całym świecie. Sprawa stała się głośna w preparowaniu tzw. afery dr A. Wakefielda. Okazało się, że ci sami ludzie siedzieli w radach nadzorczych, jak i byli ekspertami oceniającymi dane publikacje naukowe. Oczywiście o druku decydował wydział marketingu danego tytułu, a nie wartość pracy. Generalnie drukowano 37 z 38 prac popierających dany projekt, ale tylko kilka procent oceniających dany projekt, czy lek, negatywnie.

I proszę zauważyć, że tej całej tej kadrze profesórów to wyeliminowanie piśmiennictwa polskiego zupełnie nie przeszkadzało. Nikt nie protestował. Możesz wiec podumać Szanowny Czytelniku, czy byli to polscy profesorowie, czy też nie wiedzieli co się dzieje, czy ….?

Na porządku dziennym było fałszowanie wyników badań naukowych.

Powstała nawet specjalna grupa Cohrane Library, mająca dokonywać oceny wydanych prac.

Pomimo monopolu wydawniczego, liczba prac udowadniających skuteczność szczepionek jest tak mała, i są tak źle robione metodologicznie, że nic się udowodnić nie daje. Na przykład publikacje wydrukowane w tym monopolu wydawniczym, konkretnie dotyczące skuteczności szczepionki przeciw grypie dowodziły, że mycie rąk jest tak samo skuteczne, jak szczepionka przeciwko grypie, ale znacznie tańsze i nie powodujące powikłań.

Pomimo tego Medycyna Praktyczna – sponsor główny, to firmy produkujące szczepionki Novarix, GSK, Sanofil etc. – cały czas dosłownie wciska lekarzom w Polsce, że szczepionki są skuteczne.

Powstał nawet specjalny miesięcznik dla pediatrów pt. „Szczepienia”. Oczywiście nie tylko, że o żadnych powikłaniach, ale nawet o składzie szczepionek pediatrzy niczego się tam nie dowiedzą.

W jaki więc sposób przeciętny lekarz pierwszego kontaktu, czy pediatra, ma znać toksyczność szczepionek? Ministerstwo nie spełnia swojej roli kontrolnej, a publikacje są reklamówkami big-farmu.

Prawie 30 lat temu ukazała sie książka pt: „Kryminalne korporacje w przemyśle farmakologicznym” autorstwa p. Braithwaite. Jak sam Autor przyznaje, chciał zwrócić uwagę na problem, aby go skutecznie usunąć. Niestety przyznaje obecnie, że zamiast poprawy nastąpiło pogorszenie prac naukowych. Wydaje więc kolejną książkę pt: „Korporacje, przestępczość leków”.

W latach 70. ubiegłego wieku, w kryminalnych produktach brało udział 19 z 20 dużych korporacji farmakologicznych. W żadnej innej branży nie było takiego fałszowania.

Przykładem jest „kariera” Donalda Rumsfelda. Będąc dyrektorem GD Searle dopuścił do fałszowania eksperymentów, polegającego na reinkarnacji szczurów używanych do doświadczeń. To znaczy, jak szczur padł, to szybko wkładano do klatki drugiego, nic nie wspominając w protokole o padaniu zwierząt pod wpływem leków.

Jeśli doświadczenie wskazywało, że lek nie działa, to tak długo je powtarzano, aż „zadziałał”.

Autor pesymistycznie ocenia możliwość poprawy sytuacji. Większość firm przejęły tzw. Grupy Kapitałowe, a one nie są zainteresowane jakością produktu, tylko zyskiem. Stąd taki nacisk na coś, co się nazywa Zdrowiem Publicznym. Można bowiem pod pretekstem ochrony zdrowia, na podstawie tych fałszowanych prac, skubać podatnika.

 

Kontynuując temat, dlaczego coś takiego, jak medycyna oparta na dowodach, nie ma prawa istnieć.

Grupy Kapitałowe posiadają odpowiednie środki, aby zakładać i utrzymywać bazy danych. Oczywiście, w tych bazach danych czytelnik może znaleźć tylko te „prawdziwe” prace. Prac negatywnych nie publikuje się, a nawet jak się wydrukuje, to nie umieszcza w komputerowych bazach danych. Nie znajdziemy w nich materiałów z konferencji naukowych. A materiały z konferencji naukowych, organizowanych przez towarzystwa naukowe, mają dużo większą wagę i wiarygodność, aniżeli te drukowane w tzw. czasopismach naukowych.

Przemysł farmaceutyczny przejął cały system wydawniczy, w związku z tym może w dowolnym momencie, poprzez nasilenie ilości prac na dany temat, stworzyć wrażenie, że dana metoda jest powszechnie akceptowana. Nie jest to takie trudne z powodu braku czasu poszczególnych lekarzy oraz kosztów zakupów czasopism.

 

Podam kilka przykładów z ostatnich lat.

Wmówiono lekarzom, że aspiryna zapobiega zawałom. Oczywiście, jest to wierutna bzdura. Problem dla firm powstał koło roku 1980, kiedy to pediatrzy zabronili podawania aspiryny dzieciom do 12 roku życia. Wiadomo, że w przypadku katarku, czy podwyższonej temperatury matka sama podawała natychmiast dziecku aspirynę. Już w 4 lata potem nagle zaczęła pojawiać się cała masa publikacji, podających jako rzekome fakty, że po 50. roku profilaktycznie trzeba brać aspirynę, aby zapobiec zawałowi, czyli jak potocznie mówią pacjenci, aby rozrzedzić krew. Oczywiście jest to ewidentną nieprawdą i aspiryna nie zapobiega zawałom. Ale rynek chronicznych pacjentów jest dostatecznie duży i straty zostały odrobione.

 

Podobnie postąpiono w połowie lat 80. gdy okazało się, że makrocykliny nie są takie dobre, jak to reklama mówiła, wymyślono, że są najlepszym lekiem na wrzody żołądka, rzekomo z powodu obecności bakterii helicobacter pylori, która te owrzodzenia powoduje. Problem polegał na tym, że choroba wrzodowa w przebiegu naturalnym, tj. bez leczenia, zawsze nasilała się na wiosnę i na jesień. Skąd bakteria siedząca w żołądku miała wiedzieć, że przyszła wiosna lub jesień, tego mądrzy inaczej nie wyjaśniali. Pranie mózgu szczególnie po 2000 roku było tak skuteczne, że młode roczniki lekarzy o niczym innym nie wiedzą tylko podają makrocyklinę.

A jeszcze do końca lat 70. leczono ostre dolegliwości bólowe, związane z zaostrzeniem choroby wrzodowej żołądka 50.0 gramami spirytusu, skuteczność była 100%, a koszt koło 20 złotych. Obecnie koszt wynosi ponad 150 zł i trzeba kuracje systematycznie kilka razy do roku powtarzać.

 

Anglicy opublikowali inny problem. Częstotliwość artroskopowej wymiany stawu kolanowego była w latach 80. stosunkowo mała. Odpowiednia reklama spowodowała, że w 15 lat później wzrosła z 3 do 48 przypadków na 100 000. Innymi słowy, zanotowano nagły 1600% wzrost wskazań. Wymiana stawu to koło 20 000 zł. Proszę sobie obliczyć, ile zarobił przemysł, a o ile zubożono podatnika. Drobna część tej kwoty przypadła lekarzom.

O nadużywaniu samego badania artroskopowego mogę powiedzieć opierając się na własnym przypadku. Na wszelki wypadek poprosiłem kilku kolegów o konsultację mojej nogi po wypadku. Niby wszystko się pokrywało z moją diagnozą. Ale narzucone procedury wymagały wykonania dodatkowego: TH, MRI, artroskopii, podawania heparyny przez co najmniej 3 miesiące itd.

Oczywiście, moje doświadczenie mówiło mi co innego i z wyjątkiem MRI potrzebnego ubezpieczeniu, żadnych badań nie robiłem, a chodzę.

 

Reasumując, kryzys medycyny opartej na dowodach polega po pierwsze na tym, że dowody są reglamentowane przez firmy zainteresowane sprzedażą. Innymi słowy, nie ma dowodów.

 

Po drugie: powstał monopol tzw. ekspertów, a bardzo często są to duchy podpisujące odpowiednie publikacje za odpowiednim wynagrodzeniem. Znany jest głośny przypadek lekarza z Gdańska, który w okresie 2 lat zarobił na takich pracach około 40 milionów złotych. Co tu więcej tłumaczyć. Nikt się tym nie zainteresował.

 

Po trzecie: tzw. statystyczne korzyści tak naprawdę mogą być klinicznie nieistotne. Szeroko reklamowany lek przeciwwirusowy Tamiflu i inne podobne, skracają okres infekcji grypowej o 12 godzin. Jest to zupełnie niezauważalne w praktyce. Tamiflu kosztował koło 200 złotych, a standardowe leczenie kosztowało koło 20 złotych. Różnica szła nie tylko do kieszeni ekspertów.

 

Po czwarte: masowo fałszuje się wyniki badań. Takim koronnym przykładem jest lek o nazwie Cox, reklamowany jako najbardziej skuteczny lek przeciwbólowy. Okazało się, że ten facet, trudno go nazwać lekarzem, opublikował 16 prac z sufitu, biorąc za to ponad milion dolarów.

Podobny przypadkiem jest inny ”naukowiec”, który opracował tzw. duńskie badania o braku związku pomiędzy szczepieniami, a autyzmem. Już chyba „siedzi”, ponieważ zdefraudował ponad milion dolarów, fałszując wyniki. „Polska” prasa o tym oczywiście nie informowała. I w Polsce nadal powołują się rozmaitej maści eksperci na wyniki raportu duńskiego.

Nagminne jest fałszowanie wyników eksperymentów z lekami tzw. przeciwdepresyjnymi. Okazało się, że nie publikuje się wcale wyników badań dających efekty negatywne. Nie publikuje się powikłań i nagminnie nie publikuje się wyników odległych, czyli co dzieje się z chorym na przykład po 4-6 latach. Na ogół zawsze publikuje się jako rewelacje tzw. wstępne, lub wczesne wyniki leczenia, tj. jest okres 3-6 miesięcy. Czas to pieniądz i dłuższe obserwacje powodują większe koszty. A po co komu większe koszty?

.

Żadne szczepionki nie posiadają badań tzw. odległych i nie wiadomo, co się dzieje na przykład po 10 latach z dziećmi szczepionymi i nieszczepionymi. Czy wstrzykiwane środki chemiczne powodują raka, czy też nie. Przemysł szczepionkarski „załatwił” sobie zwolnienie z badań.

 

Po piąte: lawinowo rośnie produkcja tzw. wytycznych, prokurowanych przez rozmaitego rodzaju urzędników, którzy za wszelką cenę chcą uzasadnić swoje istnienie. Stwierdzono, że w czasie jednego dyżuru,  przyjmując 18 chorych, należało zapoznać się z 3679 stronami procedur. Samo przeczytanie ich zajęłoby 122 godziny. Jak wiadomo, doba ma 24 godziny i tyle wynosi czas dyżuru.

 

Po szóste: najczęściej nie ma chorego z jedną chorobą. A wszelkie badania są wykonywane dla jednej choroby. Innymi słowy, chory biorąc preparat X może sobie zaszkodzić. Konkretnie takie sytuacje bardzo często występują w przypadku dolegliwości bólowych stawów i przy pobieraniu leków z grupy niesterydowych przeciwzapalnych. Z kolei branie jako osłony leków z grupy blokerów receptorów H-2 – omeprazol i podobne, powoduje zahamowanie wchłaniania wapnia i nasila osteoporozę.

Leczenie osteoporozy podawaniem wapnia i witaminy D-3 z kolei, nasila tworzenie się blaszek miażdżycowych i kamieni w nerkach. Jak do tej pory ortopedzi nie wiedzą, że podając witaminę D-3 trzeba podawać witaminę K-2 i nie wolno podawać wapnia.

 

Po siódme: prace najczęściej posługują się językiem potocznym, bez definiowania naukowego produktów, przykładowo w badaniach wpływ konsumpcji mleka na osteoporozę.  Problem polega na tym, że od ćwierć wieku normalny pacjent nie pije mleka, a ten produkt z kartoników koło mleka nawet nie leżał. Podobnie jedzenie kiełbas, czyli mięsa, w sytuacji kiedy tylko 5 do 10% masy stanowi mięso, a resztę najczęściej genetycznie modyfikowana soja. Trudno nazwać to konsumpcją białka zwierzęcego. Również zdecydowana większość serów „żółtych” sprzedawanych w supermarketach nie jest wytworem naturalnym, ale utwardzonym produktem z olejów. Trudno więc doradzać chorym z osteoporoza, aby jedli sery.

 

Po ósme: sztuczne ustawia się tzw. gradację wartości czasopism, czyli tworzy rozmaitego rodzaju listy, na przykład filadelfijską. Listy te stworzono na potrzeby wywiadu gospodarczego. Jeżeli naukowiec jest promowany na podstawie ilości zdobytych punktów, to wiadomo, że będzie starał się umieścić byle co, byle w czasopiśmie o wysokim IF. Jest to system promujący piszące duchy, o których wspomniałem wyżej. Czasopisma żyją z reklam i reklamodawca zastrzega sobie pierwszeństwo druku swoich publikacji.

Dodatkowo system deprecjonuje czasopisma krajowe. Przykładowo wartość IF listy filadelfijskiej wynosi 10, a polskiej 0.1

Doszło do takich paradoksów, że tłumaczenie pracy zagranicznej jest bardziej cenione w oczach i punktach urzędniczych, aniżeli samodzielna praca naukowa.

 

Podsumowując, trzeba stwierdzić jednoznacznie, że paradygmat medycyny opartej na dowodach padł śmiercią naturalną. Z założenia był pretekstem do wymuszania w teorii tzw. naukowych podstaw, a w praktyce sprzedaży towaru i usług, które nam zlecono.

 

Coraz więcej myślących naukowców publikuje swoje prace w Internecie, słusznie uważając, że tylko publiczna dyskusja może posunąć naukę do przodu. Można popełniać błędy przeprowadzając doświadczenia, ale w czasie dyskusji można taki błąd szybko zauważyć. Przypomnę, że w II połowie XIX wieku najwięcej patentów publikowano w cesarstwie pruskim. A w cesarstwie pruskim opatentowanego produktu nie posiadał już właściciel i każdy, kto miał ochotę, mógł go produkować. Pomimo tego, aż 90 % wszystkich  światowych patentów powstawało w Niemczech.

Patenty nie po to wymyślono, aby chronić własność intelektualną, ale by mieć monopol na daną produkcję, poprzez np. zakup patentów konkurencji.

Ale tego w Polsce jeszcze nie rozumieją.

 

.

„ Nie należy oglądać się ani na prawo, ani na lewo. Nie należy oczekiwać zbawienia od innych narodów. Nie wolno osłabiać swojej postawy społecznej, ani moralnej wyczekiwaniem, że inni to za nas zrobią, inni przyjdą z taką, czy inną pomocą. Nie! Jest to błąd wychowawczy o założeniu śmiercionośnym”.

Ks. Kardynał Stefan Wyszyński

 

Ps. Ukazała się nowa agitka dotycząca szczepień w Gazecie W, która jak twierdzi St. Michalkiewicz, jest gazetą żydowska dla Polaków. Agitka, jak agitka, takich jest pełno, ale przy okazji udowodniono po raz kolejny to, o czym pisze od dawna. Nie po to istnieje Internet, żebyś się Czytelniku czegoś dowiedział. GW reklamuje dwa blogi, a wiadomo, że tego nie robi się za darmo, tylko w jakimś celu. Tak więc od razu widać, kto jest kim. Poza tym udowodniono w tej agitce, że wszelkie teksty propagandowe, sponsorowane, dostępne są w całości, a inne teksty za dodatkową opłatą. Czyli już wiesz, Szanowny Czytelniku, że jak GW puszcza cały tekst, to jest to agitka.

 

Ps.2 Dawniej lekarze wymieniali swoje uwagi w czasopismach medycznych, ale od 20 lat już niestety nie mogą, z powodu braku takich czasopism.

.

Dla koneserów, czyli starszych Panów, zamiast piśmiennictwa:
.




















 .
kontakt:jerzy.jaskowski@o2.pl